poniedziałek, 14 marca 2016

Porno i sex-zabawki

Pisałem ten post dwa dni (czyli jak to ubrać w słowa), a kolejny dzień zastanawiałem się, czy go wstawić... Wygrało stwierdzenie "nic, co ludzkie, nie jest mi obce". Postaram się więc pokazać Wam mój stosunek do tytułowych spraw. Nie jest on negatywny. Powiem nawet, że mam z nimi same pozytywne doświadczenia.

Jeżeli chodzi o porno z pięknymi mężczyznami, seksem w różnych konfiguracjach, różnych miejscach i różnych pozycjach - rozmarzyłem się... Jeśli tylko traktuje się takie filmy jako fikcję i wymysły reżyserów, to wszystko jest OK, taki "Klan" czy "M jak miłość" w wersji hardcore. Gdy jest się singlem, jakoś trzeba sobie radzić z napięciem seksualnym, więc wiadomo, że takie filmiki często goszczą na komputerze. Często przecież jest tak, jak w moim przypadku, że w grę nie wchodzą sex-spotkania. W momencie, gdy poznałem mojego Księcia, porno przestało dla mnie istnieć. Byłem Nim tak zafascynowany, że zupełnie nieświadomie zrezygnowałem z komputerowych uciech. Po ok. roku zacząłem wracać do porno i powiedziałem partnerowi o tym. Jesteśmy do siebie bardzo podobni - obaj szukamy praktycznie tych samych scen i aktorów podobnych do partnera. Nie traktujemy tego, jako formę zdrady. Podchodzimy do tego zdroworozsądkowo - dla nas jest to forma rozładowania, gdy nie widzimy się przez 2-3 dni lub gdy nie dochodzi między nami do seksu, bo zmusza nas do tego sytuacja (np. gdy muszę już wyjść i zostawiam rozpalonego partnera samego w domu). Śmiejemy się, że jest to takie porno z tęsknoty. Czasami zastanawiamy się nad wspólnym oglądaniem, ale jakoś nie czuję, by było mi to potrzebne. Gdy jesteśmy razem, myślę tylko o Nim i nie w głowie mi gapienie się na cudze, nawet najpiękniej wyrzeźbione klaty, umięśnione ramiona, jędrne pośladki czy solidne sprzęty. Może jednak kiedyś spróbujemy... Wszystko przed nami.

Sex-zabawki... Powiem szczerze - dopóki nie spróbujesz, nie wiesz, ile wcześniej traciłeś. Oczywiście, nikogo nie zmuszam do tego, bo jest to indywidualna sprawa każdego z nas. Najważniejszą rzeczą jednak jest to, że korzystanie z gadżetów musi sprawiać przyjemność obu stronom. Nie wyobrażam sobie, by jeden z partnerów czuł się nieswojo. My takich zabawek mamy kilka, ale nie korzystamy z nich zbyt często. Ba! Nawet rzadko. Ważne jest, by traktować to jako formę urozmaicenia życia erotycznego, a nie jego podstawę. Mój Książę wprowadzał mnie w ten świat stopniowo. Świadomie dawkował mi zabawkowe doznania. Wcale nie musi byś tak, że partner już nie wystarcza. Po prostu czasami warto zrobić coś innego, doświadczyć czegoś nowego.

Prawda jest taka, że wszystko jest dla ludzi - gdyby nikt z tego nie korzystał, nie byłoby potrzeby tworzenia nowych filmów czy wymyślania nowych gadżetów erotycznych. Ja jestem zdania, że w granicach rozsądku, należy spróbować wszystkiego. Oczywiście, każdy z nas takie granice ma postawione w innym miejscu, więc to, co dla mnie jest już niedopuszczalne (np. trójkąty i inne wielokąty), dla innych jest czymś w zasadzie normalnym. Nie należy do mnie ocenianie innych par, które takie potrzeby mają. Jesteśmy wolnymi ludźmi, więc gdy ktoś znajdzie partnera, który ma takie same potrzeby, to tylko powinniśmy się z tego cieszyć.

piątek, 11 marca 2016

Jak przetrwać mini-kryzys?

Pewnie każdy, kto był już kiedyś w związku z drugą osobą, przeżył też kryzys. Przyznaję się bez bicia - jestem mistrzem obrażania się. Wtedy nie odzywam się, nie odpisuje na sms-y, jestem niedostępny... Wiem, zachowuję się wtedy jak dziecko, ale cóż.. Tak już mam.. Potrafiłem nawet obrócić się na pięcie i wrócić ze spaceru do domu - tak, była taka sytuacja. Nie powiem, staram się nad sobą pracować, ale na skutki pewnie przyjdzie mi jeszcze poczekać. Gdyby na miejscu mojego partnera był ktoś inny, pewnie już dawno kopnąłby mnie w tyłek. Musi mieć On do mnie bardzo dużo cierpliwości... Prawdą jest też, że obaj mamy swoje charakterki i często nie potrafimy drugiemu ustąpić. Po kłótniach, z perspektywy czasu widzimy, że prawda przeważnie leży pośrodku.

Na naszym przykładzie postaram się Wam pokazać, co można zrobić, by takie mini-kryzysy przetrwać i wyciągać z nich wnioski.

1. W sytuacjach życia codziennego drobne sprzeczki o jednorazowe błahostki (jak źle odłożony garnek) zdarzają się bardzo często. Czasami lepiej takie sytuacje puścić w niepamięć. Pamiętajcie, że takie rzeczy zdarzają się obu stronom i za chwilę to Wy możecie mieć coś na sumieniu. Po co zawracać sobie głowę drobiazgami, gdy inne rzeczy są o wiele ważniejsze? Po co robić z igły widły? Powiem szczerze, nawet mnie się to czasami udaje i jestem szczęśliwy, że potrafię już wznieść się ponad moje obrażalstwo. 

2. Gdy jedna i ta sama błahostka powtarza się regularnie, warto o niej wspomnieć partnerowi. Mimo, iż np. zostawienie odkręconej tubki z pastą do zębów może być denerwujące, powinniśmy zachować umiar. Trzeba uważać, żeby nie powiedzieć tego tak, jakby od tego zależało Wasze wspólne życie. Wystarczy niezobowiązujące zasugerowanie problemu, a partner wszystko zrozumie.

3. Często kłótnie zaczynają się w wyniku niezrozumienia sms-ów pisanych przez partnera. Prawda jest taka, że sms jest jednym z największych wrogów wszystkich związków. Często jest to skrócona myśl, nie oddająca właściwej intencji i nie pokazująca intonacji czy tembru głosu. Nie to, co rozmowa, z niej dowiemy się wszystkiego. U nas jest tak, że ja staram się dzwonić, a mój partner pisze sms-y. Tylko, że to ja muszę się później zastanawiać, co tak naprawdę chciał przez to czy tamto powiedzieć. Jakoś nie idzie mi zmienianie Jego przyzwyczajenia...

4. Jeśli kryzys bierze się z poświęcania partnerowi mniejszej uwagi, warto się nad sobą zastanowić. Mój przypadek jest bardzo osobliwy. Zauważyłem, że podczas wyjazdów czy wakacji jestem tak zaoferowany otoczeniem, że wszystko schodzi na drugi plan. Potrafię się wyłączyć i nie wiem, że partner coś do mnie mówi. Okazuje się, że ja wtedy nawet składnie odpowiadam (niestety, nie zawsze zgodnie z prawdą), ale nic z tego nie pamiętam... Wie ktoś może, czy ma to jakąś fachową nazwę? Obaj mieliśmy dość zepsutych wyjazdów, więc udało się wypracować sposoby, żeby tego uniknąć - trzeba zacząć zdanie o wypowiedzenia mojego imienia lub zwyczajnie szturchnąć w ramię. Działa. Ja sam staram się jednak już nie dopuszczać do takich sytuacji i chyba pierwsze efekty tego już widać.

Przedstawiłem tutaj tylko kilka sposobów na przetrwanie kryzysowych bolączek. Może nie są to jakieś wymyślne sposoby, ale ważne, że efektywne. Celowo nie opisałem tutaj kryzysów na płaszczyźnie uczuciowej, bo w nich nieunikniona jest szczera i długa rozmowa. Wszystkie bolesne sprawy należy wtedy wyjaśniać. Trzeba nie tylko starać się, ale i rzeczywiście zrozumieć racje i potrzeby partnera. Pamiętajcie, zawsze można znaleźć kompromis. Najważniejsze jest jednak to, by w ogóle do konfliktów nie doprowadzać. Wtedy nie będziemy marnować czasu na ich rozwiązywanie. Przecież każdy wolałby spędzić czas wtulając się w partnera, a nie na samotnym wkurzaniu się i mówieniu "znowu to samo".

czwartek, 10 marca 2016

Szybki post z życzeniami

Taki dzisiaj jestem zabiegany, ale zdążyłem. Drodzy Panowie - jeszcze jest Dzień Mężczyzn, więc z tej okazji chciałbym napisać kilka słów.

 Życzę Wam wszystkiego tego, czego sami sobie życzycie! 
W końcu to Wy wiecie, co tak naprawdę jest Wam potrzebne!
Bez względu na to, czy chcecie seksu, imprez i dobrej zabawy,
czy może miłości, więcej spokoju i stabilizacji, to tego Wam właśnie życzę!

Jutro postaram się napisać więcej. Dobranoc.

środa, 9 marca 2016

Z przymrużeniem oka?

O LGBTQ w oczach części społeczeństwa...

Będąc częścią najbardziej znienawidzonej grupy społecznej w Polsce jest się ciągle narażonym na ataki grup nieprzyjaznych. Jesteśmy ludźmi najgorszego sortu, nieklasyfikowanymi w żadnej kategorii... Oprócz tego, że większość z nas nie zgadza się z linią wyznaczoną przez rząd kukieł i marionetek, to jeszcze śmiemy być nieheteronormatywni. Bóg się na to nie zgadza. Grzeszymy... O matko!!! I to jak grzeszymy!!! Sodomia i Gomoria!!! Wierzysz w coś innego? Jesteś bluźniercą. Nie wierzysz? Jeszcze gorzej.

Raz twierdzą, że jesteśmy zezwierzęceni i nasza postawa jest przyrównywana do zwierząt, których świat jednak nie do końca jest rozumiany przez ludzi. Tu mamy sprzeczność, bo twierdzą też (błędnie), że zwierzęta nie przejawiają skłonności homoseksualnych, więc nawet jesteśmy gorsi. Może by się zdecydowali?

Jaki wielki uśmiech na mojej twarzy wywołuje słowo bardzo często używane przez polityków, czyli "światopogląd". To takie słowo-wytrych, zasłona dymna, hamulcowy wszelkich zmian. Zgodnie ze światopoglądem, jakiś nic nie znaczący człowiek nie podpisał Ustawy o uzgodnieniu płci. Zgodnie ze światopoglądem posłowie nie dopuścili do debaty nad jakimkolwiek projektem o związkach partnerskich. Zgodnie ze światopoglądem część posłów chciała zablokować wybór najlepszego pod słońcem Rzecznika Praw Obywatelskich. Zgodnie ze światopoglądem niektórych - gender jest złem, a kobiety wolno bić... Wymieniać dalej?

Ludzie!!! Ja nie jestem światopoglądem! 
Jestem człowiekiem i żądam przestrzegania moich praw!

Pamiętajcie też, że gejom i lesbijkom nikt nie zabrania ślubu. Jesteśmy przecież równi wobec prawa. Niestety, jest jedno "ale". Nie może to być osoba, którą kochasz. Przecież to tylko taki mały, nic nie znaczący szczegół, prawda?

Chyba część naszego społeczeństwa zatrzymała się w rozwoju, taki sobie ciemnogród...

A teraz czas na poprawę humoru - piosenka, w której się zakochałem, czyli Bovska i jej "Kaktus". <3 Muszę się do czegoś przyznać - "gwałcę" replay...

wtorek, 8 marca 2016

Ważne coming outy

Mój wewnętrzny coming out opisałem w poprzednim poście. Wydaje mi się, że to właśnie on jest w naszym życiu najważniejszy. Spojrzenie w lustro i powiedzenie "Jestem gejem", "Jestem lesbijką", "Jestem biseksualny/a", "Jestem osobą transpłciową" obraca nasze życie o 180 stopni. Mnie osobiście wyjście z szafy dodało sił.

Już od samego początku wiedziałem, że prawdę o sobie muszę komuś wyjawić. Pierwszą osobą była moja przyjaciółka (tak, ta sama). Znała mnie na wylot, więc szybko zauważyła, że coś się u mnie zmieniło. Widziała mój uśmiech, moją chęć życia i szczęście wypisane na twarzy... Gdy jej to powiedziałem, była zdziwiona, bo nie spodziewała się takiego wyznania. Wszystko jednak zaakceptowała. Musiałem Ją przeprosić za moje zachowanie, bo przecież byłem gotowy na związek, który zniszczyłby nie tylko moje życie, ale także Jej. To właśnie Ona nas uratowała, więc podziękowałem też za "kosza", bo własnie to było jednym z przyczynków do zmian. Nie spodziewałem się, że presja otoczenia (czyli powszechne dążenie do stworzenia tradycyjnej rodziny) może doprowadzić mnie do takiego stanu. Wbrew pozorom, nie było to najtrudniejsze wyjście z szafy...

Mama. Dowiedziała się bardzo szybko, pod wpływem chwili. Był już bardzo późny wieczór... Wróciłem do domu z randki z moim Księciem. Pamiętam słowa, które wtedy wypowiedziałem: "Na pewno się domyślasz, że zacząłem się z kimś spotykać. Tylko, że może być to dla Ciebie szok, bo to nie jest dziewczyna, tylko chłopak". Nie odzywała się do mnie przez całe tygodnie... Każda próba rozmowy kończyła się wielką kłótnią. Jak można poważnie traktować wypowiadane/wykrzyczane słowa? "Powinieneś zrezygnować z życia jako odmieniec, żeby nie robić rodzinie przykrości". "Będę musiała się za Ciebie wstydzić". "To jest najgorsze, co mnie w życiu spotkało". "Gdybym wiedziała, że taki jesteś, nie urodziłabym Cię". "Nikt nie może się o tym dowiedzieć". "Masz się wyprowadzić". Bardzo się na Niej zawiodłem. Nigdy nie spodziewałem się, że moja mama, moja ukochana mama, może mieć w sobie tyle jadu. Tata dowiedział się od mamy i nigdy z Nim na ten temat nie rozmawiałem. Zawsze myślałem, że miłość dziecka do rodzica i rodzica do dziecka jest bezwarunkowa. Widocznie nie w każdym przypadku.

Minęło już półtora roku i trochę się zmieniło, bo nie ma już między nami kłótni. Wydaje mi się, że mój homoseksualizm został już w jakimś stopniu zaakceptowany. Nie dotyczy to jednak mojego związku. Ostatnio postanowiłem, że nie będę się krępować i staram się mówić o Nas, nie o mnie. Muszę rodziców do tego przyzwyczajać, w końcu kropla drąży skałę - sfera marzeń daje o sobie znać. Cały czas mam jednak do Nich żal (i chyba zawszę będę go mieć), bo takich rzeczy się nie zapomina.

Powiem szczerze - zazdroszczę innym wsparcia rodziców i ich pełnej akceptacji.

P.S. 1. Mamy dzisiaj Dzień Kobiet - życzę więc wszystkim Paniom wszystkiego dobrego!

P.S. 2. Dziękuję wszystkim za miłe słowa, bo dodajecie mi tym sił do pisania!

poniedziałek, 7 marca 2016

Mój pierwszy w życiu post...

...czyli jak to ze mną jest.

Zastanawiałem się, o czym mógłby być pierwszy post na moim blogu. Czy to powinno być powitanie moich czytelników? Ale jakich? Przecież jeszcze ich nie mam... Może powinienem napisać jakąś górnolotną historię? Ale przecież nie jestem bajkopisarzem... Postanowiłem więc napisać coś zwyczajnego, coś od siebie, coś o sobie. 

Jestem gejem. Nie stałem się nim w wyniku oglądania telewizji, czytania książek czy szperania w internecie. W dzieciństwie też nie brakowało mi męskich wzorców. Jestem gejem od zawsze. Taki się urodziłem i jest mi z tym dobrze, bez względu na to, czy się to komuś podoba czy nie. Jednak nie zawsze tak było.

Wiele czasu minęło, zanim tak naprawdę zaakceptowałem siebie. Już na przełomie szkoły podstawowej i gimnazjum zdawałem sobie sprawę z tego, że wolę chłopców. W liceum byłem już pewny w 100%, ale nigdy nikomu o tym nie powiedziałem. Wszystko robiłem wbrew sobie, wbrew mojemu prawdziwemu JA. W tym czasie miałem dziewczynę, z kilkoma innymi się spotykałem, prowadziłem życie singla. Byłem nawet gotowy związać się z najlepszą przyjaciółką. Niestety dała mi kosza - teraz mogę powiedzieć "na szczęście". Dopiero wtedy w pełni zaakceptowałem swój homoseksualizm i postanowiłem zawalczyć o szczęście. Mając 24 lata zmieniłem swoje życie. Zacząłem wchodzić w tęczowy świat. Założyłem konta na portalach randkowych. Ze względu na moją nieśmiałość, nie potrafiłem jednak do nikogo odezwać się pierwszy i czekałem na ruch innych. Przeglądałem tysiące profili, pisałem z kilkoma/kilkunastoma chłopakami, nie korzystałem z propozycji szybkich numerków... Wszystko było dla mnie nowe, inne...

Wtedy też napisałem do mnie ON - mój Książę. Okazało się, że był z mojego miasta, a wyprowadził się tylko na czas studiów. Pisaliśmy całymi godzinami. Zafascynowała mnie Jego osobowość. Był miły, kulturalny, z fantastycznym poczuciem humoru, a przede wszystkim - normalny. Po około dwóch tygodniach pisania spotkaliśmy się. Już wtedy wiedziałem, że to jest właśnie to - miłość od pierwszego wejrzenia. Minęło już półtora roku, jak jesteśmy razem. Powiem szczerze - bałem się, że to wcale nie jest miłość, tylko zauroczenie. Na szczęście nic się nie zmieniło... Chociaż nie, to jednak jest kłamstwo... Zmienia się. Cały czas się zmienia... Z każdym dniem kocham Go coraz mocniej! Wiadomo, nie zawsze jest kolorowo, ale mamy siebie.

Na początek tyle chyba wystarczy.

Jeśli macie jakieś uwagi, sugestie - piszcie. Nie gryzę (tzn. gryzę, ale tylko mojego chłopaka) :D

Carlo